Państwo opiekuńcze


Szkocka opieka zdrowotna jest socjalistyczna i ma cechy systemu opiekuńczego, powiem to na samym początku tego wpisu. A ponieważ skończyłam studia medyczne w Szkocji i tu praktykuję, moje doświadczenie polskiej medycyny “od kuchni” jest bardzo ograniczone.

System opiekuńczy polega na tym, że starszy pan po złamaniu kości biodrowej nie zostanie wypisany ze szpitala, jeśli jego mieszkanie nie jest bezpieczne do codziennego funkcjonowania. Będzie czekał w szpitalu na instalację "stairlift" jeśli jego sypialnia znajduje się na piętrze. Albo otrzyma nowe łóżko i wstawi je na środek salonu.

Pacjentka ze schizofrenią, która zamieniła swoje mieszkanie w ruderę dostanie nowe meble i mieszkanie będzie posprzątane przez gminę zanim ona do niego wróci. Wszystkie leki w Szkocji są za darmo, wystarczy odebrać je w aptece. Starsze osoby otrzymują "dosette" czyli wszystkie tabletki rozłożone na małe okienka, żeby ułatwić regularne i bezpieczne branie leków. Każda forma antykoncepcji jest darmowa.

Noworodki otrzymują pudełko z ubrankami, termometrem elektronicznym i nawet chustą do noszenia, a następnie trzy płócienne torby z książkami przez pierwszy rok życia, żeby zachęcić rodziców do rodzicielstwa bliskości. Kobiety otrzymują witaminy i kwas foliowy jeśli planują ciążę, a dzieci witaminę D do 5 roku życia. Państwo dba o obywateli od planowania ciąży po grób. Oczywiście nie wszędzie system działa idealnie i brak funduszy też gdzieniegdzie daje się we znaki. Ale założenia jego działania są mocno idealistyczne.

NHS oferuje taki sam poziom opieki i leczenia dla każdego, bez względu na jego zasobność portfela. A do prywatnej medycyny ma dostęp niezwykle mały procent populacji. Czy to dobrze? Wszystkiego są plusy i minusy, ale ja wierzę w system zdrowia w znacznej części finansowany przez podatki i niedyskryminujący między pacjentami.

Z moich obserwacji jest kilka zjawisk w polskiej medycynie i zachowaniach pacjentów, które są dla mnie niezrozumiałe.


Zachęcanie do profilaktyki nie poparte badaniami


Profilaktyka chorób jest dobra - powiedzmy to sobie na samym początku. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Ale tak, jak każda interwencja medyczna (o ile jest to praktyczne i etycznie możliwe) powinna być zbadana i poparta badaniami, żeby miała sens.

W ludzkim ciele może powstać niezliczona ilość chorób, patologii, nowotworów. DNA każdej komórki ciała może skumulować tyle mutacji, że zacznie się przepotwarzać w raka. Każdy jeden organ może przestać działać i zacząć powodować przykre objawy. Albo robić to o cichu, aż choroba będzie na tyle rozwinięta, że nie da się jej opanować.

Na tym właśnie polega profilaktyka. Ma sens tylko wtedy, kiedy test jest akceptowany przez pacjenta, relatywnie nieinwazyjny, choroba może być wykryta we wczesnym stadium rozwoju i jest dostępne leczenie na tą chorobę.

Jest wiele dowodów naukowych na to, że robienie sobie przeglądu zdrowia zwłaszcza w młodym wieku nie ma najmniejszego sensu i prowadzi do zwiększonej paniki pacjenta zamiast to poprawienia jego zdrowia. Słyszę od czasu do czasu o tym, że jakiś lekarz zasugerował pacjentowi kolejne badania strasząc, że wyniki mogą wskazać coś strasznego. Klasycznym przykładem jest pobieranie krwi u małego dziecka, które ma często przeziębienia (bo jest dzieckiem, a dzieci tak mają) i pediatra proponuje pobranie krwi, żeby sprawdzić czy to przypadkiem nie białaczka. Mama dostaje wyniki na kartce, spędza weekend z Dr Google szukając interpretacji po czym dowiaduje się, że dziecko ma lekką anemię.

Najbardziej irytują mnie blogerzy, którzy nie mają pojęcia o medycynie, a zachęcają do badań profilaktycznych, które nie mają zupełnie sensu. Jedna z blogerek/blogerów zachęcał/a panów do badania spermy, bo jest dobrym wyznacznikiem zdrowia mężczyzny (wpis sponsorowany przez klinikę oferującą takie badania). Tak samo dobrym wyznacznikiem jest samopoczucie mężczyzny, jego poziom energii, czy zwyczajnie to, jak się czuje każdego dnia. Ale to sam może ocenić i nikt mu za to nie zapłaci.

To, czego brakuje w Polsce to narodowy system spójnej komunikacji dotyczącej zdrowia, poparty dobrej jakości badaniami naukowymi, który powiedziałby Polakom - nie rób morfologii co miesiąc na wszelki wypadek, ale cytologię raz na 3 lata koniecznie. Jeden głos, który byłby cytowany przez wszystkich pracowników służby zdrowia. I każdy by wiedział co ile lat trzeba robić jakie badania. W tym kierunku idą moje koleżanki po fachu takie jak Dr Dudziak, Mama Patolog czy Mama Ginekolog, które mówią na swoich kanałach społecznościowych o badaniach na podstawie EBM - evidence based medicine. Mam nadzieję, że takie właśnie lekarki zwiększą zaufanie do służby zdrowia w Polsce.


Szał na tarczycę


Rozmawiałam ostatnio z kolegą endokrynologiem, który mówił, że jego przychodnia pełna jest Polaków, którzy mają dobre wyniki tarczycy, ale wolą je monitorować na wszelki wypadek. Albo kiedyś mieli jakiś guzek na tarczycy i chcą go monitorować każdego roku na USG. Tarczyca albo działa dobrze, albo za bardzo albo za słabo. Zwykle da się to rozpoznać klinicznie i dość łatwo leczyć. Monitorowanie poziomu hormonów na wszelki wypadek, albo przed każdą wizytą u dietetyka jest bezsensowne. Obserwacja swojego ciała jest tu najważniejsza. U znacznej większości ludzi z tarczycą jest wszystko w porządku. A czasopismo “Ty i Twoja tarczyca” nie powinno istnieć.

Brak wiary w badania naukowe (i wielka wiara w teorie spiskowe)


Wszystko, co wiemy o medycynie jest oparte na obserwacjach, doświadczeniu klinicznym i badaniach. Nie na doświadczeniu jednego pana profesora, który opracował autorski sposób leczenia. Nie na przypadkach trzech znajomych, których dziecko zachorowało po szczepionce.

Wyniki badań powstają na trzy sposoby - w toku rozwoju czystej nauki, sponsorowanej przez podatników i organizacje charytatywne, która odbywa się na uniwersytetach i czasem prowadzi do odkryć, które mają swoje zastosowanie kliniczne, albo są przeniesione z labu do łóżka pacjenta ("from bench to bedside").

Przez szczęśliwy przypadek - bardzo wiele odkryć, które są podstawą dzisiejszej medycyny zostało odkryte przypadkowo. I po trzecie dzięki funduszom koncernów farmaceutycznych, które inwestują miliony w badania i odkrywanie nowych leków, posuwając medycynę do przodu. Czy te ostatnie zawsze są dobrej jakości? Nie koniecznie. Czy zwykłemu człowiekowi uda się dojść do tego, które są, a które nie? Nie, jeśli nie ma wykształcenia naukowego i jest w stanie dojść do danych źródłowych, aby je samemu przeanalizować i wyciągnąć własne wnioski.

Czy powinniśmy być nieufni i kwestionować każdy lek, który jest nam proponowany? Dobry lekarz powinien być w stanie zacytować największe badania kliniczne zanim zaoferuje jakieś leczenie. Zwłaszcza kiedy ma ono ryzyko efektów ubocznych. W Wielkiej Brytanii ta analiza jest robiona przez komitety lekarzy i naukowców, którzy produkują i często redagują i poprawiają wytyczne i standardy leczenia. Są one dostępne dla każdego na stronie NICE i SIGN - włącznie ze źródłami jakby ktoś chciał sobie przeczytać. W Polsce nadal często wytyczna to pan ordynator, co nie jest dobrym i bezpiecznym rozwiązaniem i prowadzi do zróżnicowanej opieki medycznej w kraju.

Najbardziej niebezpieczne zdanie, jakie może zostać wypowiedziane w szpitalu na pytanie “Dlaczego pan doktor podjął taką decyzje?” Jest odpowiedź : “Bo tak się u nas robi.”

Nawet w XXI wieku w praktykowaniu medycyny jest miejsce na doświadczenie kliniczne i często jest ono niezastąpione w sytuacjach nagłych. To tzw rozumowanie typu A, gdzie mózg rozpoznaje sytuacje, objawy i elementy w wywiadzie pacjenta, z którymi spotkał się już setki razy i na tej podstawie podejmuje decyzje o leczeniu.

Ale leczenie niezgodne ze standardami EBM powinno być uzasadnione, i najlepiej wytłumaczone samej pacjentce, żeby była świadoma co się dzieje z jej zdrowiem i ciałem.

Jestem bardzo ciekawa jak będzie mi się pracowało w Polsce. Jeśli wrócimy. A pewnie tak się stanie.