Zaczęło się od tego, że niechcący skasowałam wszystkie zdjęcia z naszego ostatniego wyjazdu do Polski i Norwegii. 



Przeszłam przez wszystkie etapy żalu po stracie, po czym stuknęłam się w czoło i opamiętałam. Trudno mi się do tego przyznać, ale dużo zdjęć zrobiłam z myślą o gratyfikacji jaka mnie spotka po podzieleniu się nimi na kanałach społecznościowych.


Nie dlatego, że chciałam uwiecznić miłe chwile z rodzinnych wakacji.
Nie dlatego, że ćwiczyłam swój warsztat fotograficzny (który swoją drogą nie istnieje, a coraz bardziej ma nań wpływ to, co się podoba i przyciąga polubienia i aprobatę czytelnika).

Cykałam symetryczne zdjęcia z modnym norweskim plecakiem, bo takie zdjęcia są lubiane na Instagramie. Oraz widoczki z odpowiednią ilością białego tła, żeby tworzyły idealną kompozycję z innymi 8 klatkami na pierwszym ekranie na moim koncie na Instagramie.

Kolejna pułapka, w którą wpadłam.

A potem wróciłam do pracy (na intensywnej terapii noworodka) i życie wylało mi kubeł zimnej wody na głowę. 

Wróciłam do domu, powąchałam główkę mojej zdrowej córeczki, która spała spokojnie w swoim łóżeczku i napisałam mój najlepszy tekst o tożsamości matki, która straciła dziecko.

Jestem wdzięczna mojej pracy za to, że tak często daje mi szansę na weryfikację moich wartości.

Od tamtej pory zdecydowałam się na odejście z Instagramu i Twittera. To dwie platformy społecznościowe, na których spędzam za dużo czasu.

Skąd to wiem?

Bo sprawdziłam używając (darmowej) aplikacji Moment, która pokazała mi ile czasu spędzam patrząc w telefon każdego dnia.

A patrzenie w telefon oznacza, że nie patrzę na twarz mojej córki. Albo, że jadę autobusem i tracę cenną godzinę wolnego czasu na życie życiem tych, którzy mają budować we mnie poczucie braku.

Poczucie, które może być łatwo zniwelowane kupieniem nowej bluzki,  monstery, piżamy, dostawy świeżych kwiatów, notatnika,  świeczki zapachowej, plecaka. Wszystko po to, żeby poczuć, że pasuję do idealnego świata wykreowanego przez marki i reklamodawców.

Z racji tego, że mam osobowość gorliwą i z zapałem podejmuję się nowych zadań, postanowiłam odciąć się od tego, co mi najbardziej przeszkadzało w sposób kategoryczny i szybki. Usunęłam aplikacje z telefonu.

Im dłużej nie ma mnie na Instagramie, tym jaśniej widzę jaki miał wpływ na moje życie.

Na przykład:

Wychodzę z domu rano odprowadzić Manię do przedszkola.
Jest piękna pogoda.
Nie sięgam po telefon, żeby się tym podzielić na “Insta stories”.
Rozmawiamy z Manią całą drogę o tym co widzimy wokół siebie.
Kiedy jest cisza mam czas na własne myśli.

Jadę do pracy.
Słucham audiobooka poetki Holly McNish "Nobody Told Me" o byciu rodzicem i łzy prawie mi lecą z oczu.
Wzruszenie z rana i poczucie, że w końcu ktoś rozumie jak się czuję jako matka.
Innego dnia niczego nie słucham. Patrzę za okno i myślę. Co za nowość! Dawno tak nie robiłam.


Nie będę opowiadać po kolei co robiłam tego dnia, ale okazji, które były “insta-worthy” było bardzo wiele. To świetne uczucie, że mogę zatrzymać je dla siebie. Luksus nawet. Tylko dlaczego dopiero teraz to widzę?

Media społecznościowe zaczynają wchodzić w sfery mojego życia, do których nie chcę ich zapraszać. I mam tę moc, żeby je zwyczajnie wyprosić.
Bez przeprosin i żalu.
Do widzenia, nie ma miejsca w moim życiu na szukanie własnej wartości w ilości polubień i popularności.

Poczucie wartości mogę znaleźć tylko sama w sobie. Jeśli jest zależne od czynników, które są poza moją osobą i kontrolą, będę skazana na codzienny zawód.

Nie wiem jaki jest morał tego wpisu. Moje życie ponownie należy do mnie i mogę skupić się na tym, co dla mnie ważne.

Nie wątpię, że można korzystać z mediów społecznościowych w taki sposób, aby pozostać wolnym. Ja nie potrafiłam, więc moje uwolnienie wygląda tak, jak opisałam.

PS. Mam plan pozostać tylko na FB, gdzie będę publikować notyfikacje o nowych wpisach na blogu. Dziękuję, że się nimi dzielicie i podajecie je dalej. Możliwe, że zrobię kilka transmisji na żywo na FB, żeby z Wami porozmawiać.

Wierzę, że nie trzeba oddawać swojej prywatności, żeby tworzyć dobrej jakości treści w internecie. Zaczynam budować swoje granice i przeznaczam energię na pisanie. Mam nadzieję, że to zrozumiecie.