Mój ostatni wpis odbił się głośnym echem na jednym z dużych portali w polskim internecie. Posypało się wiele negatywnych komentarzy, głównie żądających ode mnie zwrotu pieniędzy podatnikom za studia w Polsce, czego nie zrobię, bo nigdy w Polsce nie studiowałam. Otrzymałam też kilka prywatnych wiadomości i komentarzy, które skłoniły mnie do przeczytania mojego wpisu z innej perspektywy. I na tej podstawie chciałabym wyjaśnić kilka spraw, rozwinąć kilka myśli oraz podzielić się z Wami kilkoma obserwacjami. 


1. W Polsce nie da się odnieść sukcesu 


Możliwe, że tak został odczytany mój wpis. Takie zdanie jest oczywistą głupotą i brednią. W każdej dziedzinie w każdym zakątku świata można odnieść sukces. Pozostawię definicję sukcesu poza ramami tego wpisu, bo dla każdego z nas sukces znaczy coś innego, a typowe definicje ujmujące władzę, pieniądze i uznanie innych są coraz częściej wypierane innymi wartościami. Dla coraz większej ilości ludzi ( w tym mnie) sukces to poczucie spełnienia i życie na swoich warunkach w zgodzie ze swoimi wartościami, pielęgnowanie relacji z bliskimi nam ludźmi, rozumienie swojego miejsca na świecie, poczucie bycia potrzebnym. 

Można się pokusić o stwierdzenie, że w mniejszym państwie łatwiej jest osiągnąć sukces, bo jest mniejsza konkurencja, łatwiej nawiązać znajomości. 

Jest też inna strona dochodzenia do wielkich rzeczy - dzieje się to łatwiej, kiedy jesteśmy otoczeni ludźmi o podobnych celach i wartościach, co my. Znalezienie się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie może być niezwykle pomocne w dojściu do swojego celu. Dlatego wiele technologicznych startupów przenosi się do Doliny Krzemowej w fazie rozwoju. Dlatego wolni strzelcy chcą otaczać się innymi kreatywnymi ludźmi w biurach co-workingowych. Dlatego pisarze i artyści spotykali się w Paryskich lokalach, żeby dyskutować na ważne dla siebie tematy, wymieniać poglądy, czytać swoje notatki. Przesiąkamy tym, co nas otacza. Nie ma sensu się burzyć dlatego, że ktoś kto chce robić karierę finansową przeprowadza się z Łodzi do Londynu, Nowego Jorku czy Hong Kongu. Nie znaczy to, że nie można dojść do swoich celów pozostając w Warszawie. Tylko najpierw trzeba swoje cele rozeznać i zrozumieć ścieżkę, która mnie do nich doprowadzi. 

Miałam styczność z medycyną w Polsce jako studentka i pacjentka i nie czułam się zainspirowana. Nie musi być to spowodowane tym, że w Polsce nie ma inspirujących mentorów. Ja takich nie poznałam, i jest to moje osobiste doświadczenie, a nie reguła. 

Przyznaję, że mówiąc, że moje osiągnięcia w Polsce będą tylko na miarę Polski, nie miałam racji. Jasne, że osiągnięcia w zakresie medycyny nie pozostają w granicach państw czy kontynentów. Ale w tym momencie czuję, że w Wielkiej Brytanii mam więcej szans, jestem otoczona ludźmi, którzy mnie inspirują, którzy chcą być moimi mentorami i jest to niezwykle cenne.

2. Front najlepszej medycyny na świecie - śmiech na sali. 


Wielu komentatorów wyśmiało moje stwierdzenie, że opieka zdrowotna w Wielkiej Brytanii należy do najlepszych na świecie. Jest wiele rankingów, które oceniają jakość usług zdrowotnych biorąc pod uwagę takie czynniki jak: koszt opieki dla pacjenta, dostępność opieki medycznej, liczbę lekarzy na 1000 mieszkańców, ilość łóżek szpitalnych na 1000 mieszkańców, przeżywalność chorych na raka po 5 latach choroby, czy średnią długość życia w porównaniu do wydatku na służbę zdrowia ujętego jako procent produktu krajowego brutto na osobę. 

W tych rankingach brytyjski NHS jest niezmiennie o wiele oczek wyżej, niż polski system zdrowotny, a niektórych zestawieniach jest opisywany jako najlepszy system zdrowotny na świecie, zwłaszcza jeśli chodzi o wydajność finansową. Warto zwrócić uwagę na to, że oceny te dotyczą całej sytuacji służby zdrowia w danym kraju, nie tylko tej oferowanej przez państwo. W zestawieniu Międzynarodowej Organizacji Zdrowia, NHS jest na 18 miejscu, a Polska plasuje się na 50. 

Mimo tego Polacy na emigracji nie są zadowoleni z tutejszej służby zdrowia. Krążą powszechne opinie, że lekarze brytyjscy przepisują na wszystko paracetamol i nie biorą na serio objawów i skarg polskich pacjentów. Wielu Polaków lubi jeździć do Polski, żeby “zrobić sobie badania” i umówić się na wizytę do specjalisty. Myślę, że składa się na to wiele powodów. Studiowałam medycynę w Szkocji i widzę, jak różnią się polscy i szkoccy pacjenci. Szkocki pacjent ma ogromne zaufanie do lekarza. Nie spotkałam się z tym, żeby tutejsi pacjenci pytali o dokładne wyniki swoich badań, czy o to, jakie leki są im przepisywane. Pacjent idący do lekarza pierwszego kontaktu nie idzie z własną diagnozą, tylko z problemem, który lekarz pomoże mu rozwiązać. Większy nacisk kładziony jest na leczenie pacjenta jako całej osoby, niż na poprawianie wyników badań, co jest nagminne w Polsce. Spotykałam się też z pacjentami, którzy zaczęli diagnostykę w Polsce i oczekują, że leczenie będzie dalej kontynuowane w Wielkiej Brytanii. Tutaj tak to nie działa. 

System opieki zdrowotnej ma pewne struktury, których nie da się ominąć. Żeby zobaczyć specjalistę, trzeba otrzymać skierowanie od lekarza rodzinnego, nawet prywatnie często nie można zwyczajnie umówić się na wizytę bez skierowania. 

Lekarze rodzinni w UK mają o wiele szersze kompetencje niż w Polsce, prowadzą wiele pacjentów z przewlekłymi schorzeniami, badają i leczą dzieci, zajmują się problemami ginekologicznymi, korespondują ze specjalistami, żeby uzyskać poradę i dalej prowadzić pacjenta. O tym często Polacy nie wiedzą. Dużym plusem NHSu jest ciągłość opieki nad pacjentem. Cała korespondencja i epizody styczności ze służbą zdrowia znajdują się w jednym programie komputerowym i wiele rzeczy dzieje się poza oczami pacjenta. 

Polacy, z którymi rozmawiam narzekają na brak leczenia często występujących acz niegroźnych schorzeń takich jak przeziębienia. Tu lekarz nie przepisze ani nie poleci syropu, witamin czy suplementów na wzmocnienie odporności. Dlaczego? Bo w większości przypadków ich działanie nie jest potwierdzone badaniami naukowymi i refundowane przez NHS. Za to wszystkie leki przepisane przez lekarza w Szkocji są dostępne za darmo. W aptece podaje się receptę i farmaceuta wydaje leki bez żadnej opłaty. 

Zawsze znajdą się historie, gdzie poważna diagnoza zostanie pominięta, lub za późno postawiona. Klasycznym przykładem jest zaawansowany rak jajnika u kobiety, która nie miała wiele objaw poza lekkim wzdęciem brzucha. W tym przypadku system zdrowia taki jak w Polsce może działać bardziej skutecznie, bo pacjent jest w stanie sam zapisać się na prawie wszystkie badania. W UK profilaktyka chorób jest organizowana odgórnie i ograniczona po pierwsze analizami skuteczności, ale tez kosztu i zysku. 

Mówiąc prościej, możliwe, że badając się gruntownie od stóp do głowy co pół roku w prywatnej polskiej klinice wykryje się pewne problemy zdrowotne wcześniej, a taka intensywność badań na skalę krajową nie byłaby możliwa ze względów finansowych i logistycznych. Minusem jest to, że przeprowadzanie wielu badań bez kontekstu klinicznego (bez objawów) będzie prowadziło do uzyskania wyników, których nie będzie się dało zinterpretować. Albo wyników, które nie mają klinicznej korelacji, ale będą zmuszały do kolejnych badań i powodowały stres u pacjenta. 

Przykładem tu jest skan mózgu, który pokaże mała cystę. Jedna na pięć osób ma jakieś zmiany w mózgu, które nigdy nie spowodują żadnych objawów, i których nie da się klinicznie wytłumaczyć, ani nadać im prognostycznej wartości. Ale raz wykryte powinny być pod dalszą kontrolą.  W takim przypadku, lepiej jest nie wiedzieć. 

Innym przykładem, gdzie kolejne badania nie są wskazane jest sytuacja, gdzie nie wiemy co zrobić z wynikiem badań. Moim zdaniem każde badanie powinno nie tylko odpowiadać na zadane kliniczne pytanie, ale jego wynik, powinien zmieniać lub inicjować leczenie. Jeśli osoba w wieku 89 lat ma raka płuc na rentgenie klatki piersiowej z przerzutami do wątroby i mózgu. Czy warto robić biopsję, żeby uzyskać tkankową diagnozę raka? Jest to pytanie, na które powinien odpowiedzieć sam pacjent, ale prowadzony w swoim wyborze przez lekarza, który zna realistyczną prognozę rozległej choroby nowotworowej. 

Podsumowując - więcej badań to nie zawsze dobra decyzja, a wydaje mi się, że brak łatwego dostępu do diagnostyki jest jednym z największych powodów do niezadowolenia wśród polskiej emigracji na Wyspach. 

Trzeba pamietać, że każdy prywatny system zdrowotny jest po części komercyjny. Zapraszanie na kolejne wizyty kontrolne, kolejne skany i badania mogą być w interesie pacjenta, ale po części będą motywowane pobudkami finansowymi. W NHS, który jest w pełni finansowany z podatków, nie ma miejsca na badania czy konsultacje, które nie są niezbędne, co moim zdaniem jest dobre, ale dla pacjenta może być zawodem. 


3. Jest jeszcze bardzo młoda, co ona wie o życiu?!


Wiele razy spotkałam się z takim podejściem w Polsce.  Dzieci i ryby głosu nie mają. “Dopiero, co skończyła studia, nie poznała jeszcze życia, emocjonalnie zachwyca się zachodem” - pisał jeden z komentujących na wp.pl.  Kaczyński w dyskusji z rezydentami powiedział, że nie będzie zmieniał budżetu państwa “pod wpływem grupy młodych ludzi”. Ludzi, którzy pracują 100 godzin tygodniowo ratując życie tysięcy Polaków i znają realia pracy, bo zmagają się z nimi na codzień. Ale w tym przypadku bardziej liczy się ich wiek, są młodzi, pewnie nie rozumieją jeszcze świata. 

“Jest jeszcze bardzo młoda, co mogła do tej pory osiągnąć”. 

“A Pani gdzie jest znana? Jest Pani autorytetem poza swoim oddziałem czyli gdzie?” - napisała do mnie Pani chirurg z Warszawy, która poczuła się osobiście dotknięta moim wpisem.  Rzecz tkwi w tym, że nie trzeba być autorytetem, ani starszą osobą, żeby moje zdanie czy praca, którą wykonuję były wartościowe. 

Mój wkład w pracę jest doceniany każdego dnia przez moich szefów i pacjentów. Każdego dnia na koniec pracy słyszę : “Thank you for your hard work Maggie” albo “Great work today, keep it up”. 

Przeświadczenie, że wiek jest gwarantem doświadczenia, a przez to wartości wypowiedzi jest groteskowe. A może oznaką strachu przed byciem nieistotnym, dorabianiem sobie koturnów, żeby zdyskredytować przeciwnika zanim będzie miał szanse otworzyć usta? 

Podsumowując, nadal uważam, że jestem we właściwym miejscu, ale wiem, że pewne zdania w moim poprzednim tekście były zbyt lakoniczne i nie oddały w pełni tego, co chciałam przekazać. 

Wbrew opinii niektórych czytelników moje życie nie składa się z codziennej rozterki czy zostać czy wrócić. Wiodę spokojne, szczęśliwe życie, które jest wypadkową moich wyborów. Sam ten fakt, jest już dla mnie sukcesem. A tęsknota za Polską od czasu do czasu nadaje romantycznej barwy mojej codzienności. Jak już kiedyś pisałam - nie wiadomo czy Chopin by tak pięknie tworzył, gdyby nie tęsknił.