Kto ma dosyć słowa hygge? Gdybym była Elą Adamską tytul tego wpisu by brzmial "Nie mów hygge, bo żygnę". Ale nie jestem, więc szansa zmarnowana.




W końcu nadszedł czas, żebyśmy wyjechali we dwoje z Kubą i zostawili Manię na weekend z rodziną. Czy mieliśmy obawy? Jasne. Czy wszystko było w porządku? Jak najbardziej. Miała super weekend z moja siostrą, jej mężem i moją mamą. Czy tęskniliśmy? Trudno się do tego przyznać, ale szczerze mówiąc to nie aż tak bardzo. Od ponad dwóch lat nie byliśmy nigdzie sami, wiec cały wyjazd był dla nas wielką przyjemnością. Włącznie z pobytem na lotnisku, pójściem na kawę na spokojnie i robieniem tego, co chcemy w samolocie (ja spanie, Kuba Netflix). Takie małe rzeczy, a tak się je docenia jak się zostaje rodzicem. 

Bałam się, że nie zdążę na lotnisko. Kończyłam właśnie nocki, dyżur przekazuję o 9:30, a o 11:25 mieliśmy samolot. Z mojego szpitala na lotnisko jest około 30 min jazdy, a na poprzednim dyżurze nie wyszłam z pracy aż do około 10, bo jedno dziecko było w krytycznym stanie i musiałam zostać. Rozważałam pojechanie na lotnisko w scrubsach (piżamkach chirurgicznych) i bieg przez lotnisko aż do bramki. Moja koleżanka tak raz zrobiła i puścili ją bez kolejki przez security. Na szczęście koleżanka zgodziła się przekazać dyżur sama i mogłam wyjść koło 9 z pracy. 

Na moich dyżurach nie mam nawet miejsca, gdzie mogłabym się położyć, więc nigdy nie ma szansy na sen. Na lotnisku bałam się, że zasnę na stojąco, taka byłam zmęczona. Najgorzej jest kiedy przetrzyma się moment senności i ona mija. Potem często trudno jest zasnąć nawet jeśli się jest bardzo zmęczonym. Na szczęście przespałam się kilka godzin w samolocie, a z lotniska odebrała nas mama mojej koleżanki Kathrine. Nas i jedną parę naszych wspólnych znajomych. Cały weekend był zorganizowany przez jej rodziców z okazji 30 urodzin. Zaprosili jej przyjaciół z Edynburga i Irlandii i wszyscy pojechaliśmy do ich domku w górach, około 4h na północ od Oslo. 




Po drodze też spałam i było ciemno, ale nie dało się zignorować ilości śniegu jaka nas otaczała. Zaspy były co najmniej do pasa, a w górach jechaliśmy przez tunele wykopane w śniegu i utwardzone przez traktory. Na miejscu czekał na nas przygotowany domek i reszta znajomych. Zjedliśmy pstrąga na kolację i siedzieliśmy do późnej nocy rozmawiając ze wszystkimi przy stole. Znamy rodziców Kathrine od ponad 10 lat, zawsze miło jest ich zobaczyć i porozmawiać (świetnie mówią po angielsku). 

Ich domek w górach to tak naprawdę kompleks domków, z miejscami do spania dla prawie 20 osób. Jest przekazywany z pokolenia na pokolenie w rodzinie K. i należy do jej wujka. Było około -15. stopni, więc spałam w wełnianym swetrze i czapce, ale pierwsza noc, kiedy można było się zwyczajnie położyć do łóżka i zasnąć i spać do 9 rano następnego dnia była błoga. Uwielbiam spać kiedy wokół mnie jest zimno, a pod kołderką ciepło. 

Obserwuj mnie na Instagramie 
Czytaj wpisy na Bloglovin 








Rano wstaliśmy i dopiero mogliśmy zobaczyć w jak pięknym miejscu się znajdujemy. Nad samym jeziorem, wśród ośnieżonych gór, z 1.5m pokrywą śniegu na wszystkim co nas otaczało. Po śniadaniu poszliśmy na spacer, a rodzice Kathrine na biegówki (widzieli stado reniferów!). Wróciliśmy i Kathrine zarządziła hygge. Zapaliliśmy wszystkie świeczki w domku, napaliliśmy w kominku i K. zrobiła nam gorącą czekoladę. Nasze wyjazdy do Norwegii zawsze takie właśnie są. Plan dnia jest jasno określony, umawiamy się na wspólne posiłki z resztą rodziny, w między czasie spędzamy czas na powietrzu. Ale zawsze jest nacisk na to, żeby było przytulnie i żeby każdy czuł się swobodnie. Po czekoladzie reszta grupy poszła do sauny, która grzała się od rana, a ja zrobiłam najprzyjemniejszą rzecz na całym świecie - zasnęłam przy kominku. Co za błogość! 


























Po saunie i pływaniu w śniegu nadszedł czas na urodzinowy obiad K. i gulasz z renifera (pyszny). Nasza koleżanka z Irlandii Północnej wzięła ze sobą skrzypce i grała nam melodie irlandzkie po obiedzie. A my siedzieliśmy zasłuchani, ogień trzaskał cicho w kominku, za oknem wiatr kołysał ciężarne od śniegowych czap choinki. 


W nocy około 2 nad ranem wyszliśmy na -15 stopniowy mróz i staliśmy zapatrzeni w rozgwieżdżone niebo. Niektóre z gwiazd, których światło widzieliśmy wysłały je, kiedy ludzie, którzy od nas odeszli jeszcze byli z nami. Staliśmy tak w ciszy i wspominaliśmy tych za których tęsknimy i czasy, które minęły. Przyjaźnie, które się rozpadły i już nie wrócą. Chwile beztroski, które nas połączyły na początku naszej znajomości. 

Trwaj chwilo. Tylko tyle byłam w stanie pomyśleć. 

Nie chcę przesadzać, ale myślę, że niewiele razy miałam okazję przeżyć tak piękny i idealny weekend. Jego jedynym celem było celebrowanie przyjaźni, bycie razem i napawanie się przepiękną naturą, która nas otaczała. 

Reszta zdjęć: 












rozgwieżdżone niebo, zdjęcie nie oddaje tego widoku 











  • Pomóż mi dojść do 1000 likeów na FB